qbk.blog.pl

qbk@post.pl 17994

księga gości
oglądaj
dopisz się

inne moje
maxmodels.pl
plfoto.com

zaglądam
bartpogoda
evareppel
lifegallery
golik
fotostyczna
natka
grzęda

Nakarm glodne dziecko - wejdz na strone www.Pajacyk.pl
Bykom stop!
Nikon - Forum
Pobierz Firefoksa!

  


Beef on the roof
Kuba, dzień 10

Długo nie pisałem, chwilowy brak weny twórczej zapewne. Ale się poprawiam:)



Rybak, prowincja Oriente

Niestety musieliśmy opuścić Santiago bez tańca, Podróż wzywała. Wyruszyliśmy prawie na sam koniec wyspy, do Baracoa czyli pierwszej, historycznej stolicy Kuby.

Wyjechać z Santiago prosto nie jest, na skrzyżowaniu wyjazdówki z autostradą pogubiliśmy się zupełnie i przejechaliśmy je cztery razy. Znaczy we wszystkich możliwych kierunkach, lekko nie było ;) Za to dalej droga jest piękna, najpierw się jedzie wzdłuż wybrzeża morza Karaibskiego, przez odludną część kraju a później przez góry. Jest pusto, mało kto już się w tamte rejony zapuszcza, turystów w ogóle nie widać. Po drodze przejeżdża się niedaleko bazy amerykańskiej Guantanamo, nie dojechaliśmy do niej, przegapiliśmy skręt. Zresztą to zamknięta strefa i nie można wjechać do środka. Za to dookoła jest masę stref militarnych, posterunki wojska, zasieki wzdłuż lasu. Nigdy nie byłem bliżej USA, no może poza lotem nad Florydą ale wtedy było "w dół" ;)

Samo miasto Guantanamo jest podobno mało ciekawe, ominęliśmy bokiem, na uwagę zwraca tylko naprawdę świetnie oznaczona droga, jak na lokalne warunki ewenement.





Było ciepło, bardzo ciepło. Gorący wiatr znad morza, fale rozbijające się o brzeg...

A później góry, najdalej wysunięty na wschód łańcuch Kuby czyli Sierra del Purial. Nie są jakieś specjalnie imponujące, najwyższy szczyt ma 559 metrów, mój GPS pokazywał maksymalnie 420 ale droga przez nie jest niesamowicie urozmaicona a krajobrazy piękne. I puste. W kilku miejscach, na najładniejszych punktach widokowych czekają lokalni sprzedawcy bananów albo lokalnych specjałów i każdy pojawiający się samochód wzbudza gorączkowy ruch, a nóż się zatrzymają, może coś kupią? Okolica słynie z produkcji kawy i czekolady, oba specjały są ciężko na Kubie dostępne (z kawą lepiej) i obu warto spróbować.





A na koniec Baracoa, przyjechaliśmy pod wieczór, kolacja i na miasto. Opowiem więcej o nim w następnej notce, w każdym razie jest piękne i bardzo przyjazne, warto przejechać całą wyspę żeby tam trafić :)









Baracoa wieczorem

A skoro przy jedzeniu jesteśmy to chwilkę o kulinariach. To nieprawda, że na Kubie nie można dobrze zjeść. Można, nawet świetnie. Trzeba tylko mieć walutę ...

Przeciętny, biedny Kubańczyk ma niewesoło, podstawą diety jest ryż i ciemna fasola, w proporcjach i konsystencji różnej. Są zupy, potrawki... Z owocami też jest średnio, z powszechnie dostępnych i tanich są banany, inne tropikalne też są ale już kosztują zdecydowanie więcej. Nic dziwnego, Kuba importuje 70% żywności a pewnie z 50% pól uprawnych to produkcja trzciny cukrowej z której można wyprodukować tylko cukier i rum. Tak więc rum tani jest :) Z mięsa są głównie kurczaki, podawane różne, zazwyczaj w lokalnym odpowiedniku fastfoodów, można też w nich kupić kawałki pizzy (raczej niejadalnej). W Hawanie przysmakiem lunchowym są kupowane na ulicy bułki z mortadelą, da się na tym przeżyć choć w smaku nijakie. Pojęcia wędlin raczej nie ma, poza wspomnianą mortadelą i imitacją hiszpańskiej czerwonej kiełbasy (widzieliśmy raz). Z warzywami też jest krucho, biała kapusta, sałata, czasem ogórki i pomidory - to wszystko co można dostać a i z tym są kłopoty.

Mając pieniądze jest już dużo lepiej, są owoce, w zasadzie dowolne tropikalne, owoce morza - głównie krewetki i langusty - pyszne!, ryby a nawet mięso. To ostatnie jest drogie i nawet dla turysty ciężko dostępne, naprawdę rarytas.



Budka z pizzą, Baracoa

Pyszna jest zupa z kurczaka, śmiesznie robiona, w kolorze dyniowo-pomarańczowym, grillowane langusty i ryby.

Na koniec bardzo dziękuję wszystkim którzy zagłosowali na mój blog w konkursie na Blog Roku 2009 :)

cdn


by qbk | 2010-01-28 23:27:47 | skomentuj (10)
Jak tańczylismy w Santiago
Kuba, dzień 9

Po szybkim serowym śniadaniu bo jak pisałem wczoraj w Bayamo nic innego do jedzenia nie było i krótkim spacerze po mieście wpakowaliśmy graty do plecaka, plecak do samochodu i w drogę. Cel to Santiago de Cuba, miejsce słynące z muzyki i tańca.

Po drodze zatrzymaliśmy się w Sanktuarium Matki Boskiej w El Cobre – najważniejszym miejscu kultu katolików na wyspie. Miejsce jest tłumnie oblegane przez pielgrzymów i bardzo ładnie położone na wzgórzu otoczonym małymi, intensywnie zielonymi górami. Ciekawy jest zwyczaj zostawiania przez pielgrzymów bukietów słoneczników i karteczek z prośbami i podziękowaniami owiniętymi dookoła świec. Jeżeli przypadkiem zapomniałeś z domu słonecznika, nie ma problemu, można go dostać od tłumnie kłębiących się sprzedawców po drodze.







Sanktuarium



I okolice

A później już było Santiago. Nawigacja po mieście bez problemu, trafiliśmy do naszego noclegu natychmiast i bez błądzenia - byliśmy w tym coraz lepsi. Krótki prysznic i na miasto, a miasto warte oglądania. Jest bardzo duże, drugie co do liczby mieszkańców na wyspie - prawie pół miliona. Otacza zatokę, ma całkiem spory port, ładne centrum na wzgórzach i satelitarne dzielnice mieszkalne. Jest też bardzo, bardzo zatłoczone, ulice są spowite kłębami spalin - aż ciężko się oddycha. Jeszcze napiszę o ekologii na Kubie, na razie roboczo przyjmiemy, że w temacie transportu to takowa nie istnieje. 99% samochodów, zwłaszcza ciężarówek w Europie nigdy by nie przeszło przeglądu, czasem nie widać ulicy w czarnej chmurze wydobywającej się z rur wydechowych. Centrum jest bardzo ładne, począwszy od monumentalnej katedry na głównym placu miasta, poprzez strome uliczki w stronę portu aż po dalej położoną, monumentalną i górującą nad wejściem do zatoki twierdzę Castillo de San Pedro de la Roca.



Santiago, wersja turystyczna
i mniej...













Do twierdzy trafiliśmy przed zachodem, akurat na ceremonię wystrzału armatniego. Częściowo żeńska i atrakcyjna ekipa ubrana w stare mundury ładowała to działo z pół godziny natomiast wystrzał był raczej mało efektowny, cichy, bezdymny huk i skromny plusk wody kilkaset metrów dalej. Jakby w takim tempie bronili wejścia do portu to wpłynęła by do niego zapewne cała armada ale jako przejaw tradycji sprawdza się nieźle.





Zamek Castillo de San Pedro de la Roca i zatoka







Ekipa od bombardowania

Ludzie w Santiago są bardzo mili, nawet taksówkarze, ten wiozący nas z zamku pojechał z powrotem inną trasą tylko po to, żeby pokazać nam widok na zatokę.



Widok na katedrę z dachu



Kubańczycy grajacy w szachy

Późnej były krewetki, dużo krewetek i beef on the roof - czyli kolacja na dachu Hotelu Casa Granda. Jedzenie niezłe, widok obłędny, polecam wszystkim. Na koniec wieczoru mieliśmy w planach tańce, w końcu Santiago słynie z muzyki, energetycznej, karaibskiej i bardzo dobrej. Ale po kolacji położyliśmy się, tylko na chwilę, taka krótka drzemka. I zmęczeni już mocno podróżą przespaliśmy równo 11 godzin...

cdn


by qbk | 2010-01-13 00:47:58 | skomentuj (9)
Dlaczego nie ma kawy?
Kuba, dzień 8

Kawy nie było. W kawowym barze przy drodze. W innym punkcie gdzie zatrzymuje się więcej samochodów zepsuł się ekspres, towar zdecydowanie deficytowy. Więc przyjechali smętni panowie i ekspres zabrali. Od tak. Za to barista był bardzo sympatyczny i świetnie mówił po angielsku.

Nie tylko kawy brakuje, są problemy z zaopatrzeniem w ogóle. Brakuje środków żywności, niektóre higieniczne są tylko w sklepach walutowych, brakuje warzyw, mięsa i na przykład długopisów i ołówków. Jadąc na Kubę gdzieś przeczytaliśmy o długopisach i papierze toaletowym. Z tym drugim nie było problemów, natomiast wielka reklamówka reklamowych długopisów po parę groszy każdy, wielokrotnie nam pomogła. Albo chociażby spowodowała uśmiech i szczere „dziękuję”. Za to można kupić Coca Colę, oryginalną, made in Mexico. I banany, z tymi nie ma problemów w ogóle. Albo z cukrem.

Bo proszę państwa, Kuba cukrem żyje. Gdzieś z 50% upraw to trzcina cukrowa. Gleby są świetne, klimat idealny. Tylko, że rynek zbytu po rozpadzie Związku Radzieckiego padł a ceny surowca spadły więc skutek zabawy w centralne sterowanie gospodarki jest taki jak był u nas kiedyś. I to powoduje, że kraj mający potencjalnie świetne możliwości rolnicze importuje 70% produktów żywnościowych.





Trzcina cukrowa



Było trzcinie bo dzień był pełen jazdy przez monotonne pola cukrowe. Ciągną się kilometrami, dziesiątkami kilometrów. Jechaliśmy dalej na wschód, w stronę prowincji Oriente. Długa, długa droga, kolejne 500km choć szybko i mało męcząco. Nocleg zaplanowaliśmy w Bayamo, dla odmiany w hotelu, który co prawda był całkiem w porządku za to nie było w nim nic do jedzenia poza żółtym serem i owocami w puszce.

Za to miasto jest świetne, ma super atmosferę – bardzo lokalne, kompletnie nieturystyczne i na turystów nieprzygotowane. Nawet lodów nie można kupić, wszystko za lokalne pesos. Błądząc wieczorem i szukając fajnego miejsca na kolację trafiliśmy w końcu do najlepszej restauracji w mieście, taką gdzie się czeka w poczekalni i zostaje wprowadzony na salę. Taką do której się idzie od święta, ładnie ubranym i po to, żeby podelektować się za małymi porcjami jedzenia. Faktem jest też to, że była jedyną w której udało się wynegocjować zapłatę walutą :) Trochę tam nie pasowaliśmy, my w sandałach i tshirtach wśród elegancko ubranych Kubańczyków więc zostaliśmy posadzeni nieco na uboczu, naprzeciwko działającej na 100% klimatyzacji (norma w tropikach, jak już jest gdzieś klima to ustawiona na temperaturę lodówki). I za kolację z dwóch dań (przyzwoitą ale nie rzucająca na kolana) zapłaciliśmy 21 zł. Na 2 osoby. A napiwek spokojnie przekroczył 40% zamówienia ...







Bayamo, nasza restauracja i scenki miejskie

Polecam też spacer bardzo ciekawym i urokliwym bulwarem.

Ale coś miało być o samochodach, będzie o tablicach rejestracyjnych. Na Kubie są bardzo kolorowe:
- czerwona - turyści
- żółta - mieszkańcy
- błękit - firmy państwowe, busy, taxi
- brąz, zielone - wojsko (nie wiem dlaczego dwa kolory)
- pomarańczowe - kościół
- czarne - dyplomatyczne



Tablice rejestracyjne (wklejka niezbyt udana ale późno jest ...)

Od razu i z daleka widać kto jedzie, czy to Kubańczyk czy turysta więc wiadomo czy zatrzymywać do kontroli, czy nie. Na wszystkich punktach kontrolnych zatrzymywane są samochody z żółtymi tablicami, czerwone przejeżdżają bez problemu. Bo turystom łatwiej podróżować niż Kubańczykom ...

cdn


by qbk | 2010-01-12 00:34:38 | skomentuj (4)
Na żółtych blachach



Santiago de Cuba

Zdjęcie zajawkowe ale nie tylko o samochodach będzie ...


by qbk | 2010-01-05 00:10:11 | skomentuj (2)
Are you Brasil? Or Portugal?
Kuba, dzień 7

Ten dzień miał być czasem odpoczynku od samochodu który powoli już nam się dawał we znaki. I takim był, cóż to jest bowiem 60 km wobec 3282 które w sumie przejechaliśmy. Rano Trinidad, jedno z najbardziej popularnych miast turystycznych na Kubie. Kolonialne, kiedyś będące jednym z centrów handlu niewolnikami. Jest częściowo odrestaurowane, począwszy od centralnie położonego Plaza Mayor poprzez szlak przez miasto który w niezmienionej postaci występuje we wszystkich znanych mi przewodnikach po wyspie. Reszta jest bardzo zaniedbana ale czystsza i milsza niż większość miast które widziałem w okolicy. Turystyczność miejsca jest ciekawa, przeważająca większość zwiedzających nie nocuje w Trinidadzie, są dowożeni autokarami z enklaw turystycznych jak Varadero i po kilku godzinach zwiedzania odwożona do hotelu. Skutek jest taki, że miasto jest tłumne od 11 do jakiejś 15-16, później zostają autochtoni i nieliczni turyści którzy jak my odważyli się na indywidualny transport.

















Trinidad, ten turystyczny i ten mniej

Turystów na wyspie jest w ogóle sporo, najwięcej oczywiście w enklawach, wielkich hotelach właściwie odseparowanych od Kuby i Kubańczyków. Miejsca wyglądają jak centra hotelowe w Egipcie, monstrualne hotele, białe plaże, palmy, błękitny ocean. I zero klimatu. Oczywiście warto skorzystać o ile ktoś lubi wylegiwanie się na plaży, my zresztą się też powylegiwaliśmy, w sumie może ze dwie-trzy godziny ;) Szukając czegoś takiego pewnie pojechałbym do Tunezji czy Maroka, bliżej i taniej. Niektóre biura podróży organizują wyjazdy łączone, plaża i objazdówka. W Baracoa spotkaliśmy taką grupę polaków, z Rainbow Tour, byli bardzo zadowoleni i polecali. Rzecz w tym, że wiele zależy od przewodnika, dobry jest w stanie pokazać wiele z niesamowitego klimatu wyspy, zły to cóż, wycieczka do Hawany i Trinidadu to nie wszystko...

Najlepiej zawsze pojechać indywidualnie choć niestety niewiele ludzi się na to odważa, może dlatego, że można tak podóżować od niedawna, zaledwie od połowy lat 90. Samochody turystyczne widać bo samochodów jest bardzo mało, ale w niektórych miastach turystów było tyle, żeby wypełnić dwie knajpy, może 50-100 osób w mieście liczącym dobre 70 tysięcy. Tytuł notki (pisownia oryginalna) pochodzi z pytania jakie nam zadali współlokatorzy w Casa, bardzo sympatyczni Francuzi spokojnie podróżujący wynajętym kubańskim samochodem sprzed 50 lat. Oczywiście z kierowcą. Francuzów w ogóle jest sporo, innych europejczyków też. Jest trochę Kanadyjczyków, Rosjan, nawet sporo Polaków, także mieszkających w UK. Bo zdecydowanie warto tu przyjechać :)









Okolice Trinidadu

Tego dnia zrobiliśmy rundkę dookoła Trinidadu, jest kilka punktów widokowych, malownicza wieża (podobno najwyższa wieża obserwacyjna na Karaibach) oraz kompleks plażowo-hotelowy. Na hotelowej plaży widziałem jedyną na wyspie kobietę opalającą się topless, nie jest to specjalnie popularne na Kubie. Choć chyba nie jest zakazane.

Na zakończenie impreza w Casa de la Trova z genialną, tradycyjną i jazzującą muzyką duetu "Duo Cofradia". Mam plytę, obiecuję zamieścić próbkę w notce o muzyce :)





Trinidad wieczorem

cdn


by qbk | 2010-01-03 23:51:17 | skomentuj (2)
Rum na plaży smakuje wybornie




Wybrzeże morza Karaibskiego, okolice Trinidadu

A tak całkiem z innej beczki dzisiaj wpadł mi w ręce link do strony Ivarsa Gravlejsa
z absolutnie cudownym poradnikiem fotograficznym. Wszystkim, nawet tym całkiem zaawansowanym
bardzo polecam:

http://ivarsgravlejs.com/pages/uafp001.htm :D

by qbk | 2009-12-29 12:44:51 | skomentuj (1)
My house is full
Kuba, dzień 6

Miało być budowlanie, jest budowlany tytuł notki ;)

Długo nie pobyliśmy w Cienfuegos, ot noc i kilka godzin wieczorem i rano. A miasto warte dłuższego pobytu, jedno z ładniejszych na Kubie, sympatyczna atmosfera i niezbyt dużo turystów. Miasto zostało założone w XIX wieku przez francuzów, architektura klasycystyczna, w całkiem niezłym stanie i naprawdę śliczna. Naprawdę warto pójść na spacer. I te rewelacyjne mojito ... :)


Casa w Cienfuegos

Więc lekkie śniadanie na tarasie z widokiem na zatokę i w drogę.

Dzisiaj miał być Trinidad, jedno z najsłynniejszych miejsc turystycznych na Kubie. Droga raczej krótka, może 120 km ale oczywiście trochę zamarudziliśmy po drodze.

Najpierw w Delfinarium, trzeba trochę zboczyć z drogi ale warto. Za jedyne 50 CUC można bowiem z delfinami sobie popływać. Niesamowita sprawa, ja co prawda nie skorzystałem ale Karolina tak i była zachwycona. Już samo pluskanie się wśród delfinów jest świetną zabawą, nie mówiąc o wszystkich sztuczkach które one robią dla nagrody ze smacznej ryby. Delfiny widziałem kilka razy, czasem naprawdę wielkie stada ale nigdy z tak bliska i nigdy dotąd nie miałem okazji żadnego pogłaskać. Bezcenne!




Delfinarium

Po delfinach Wodospad El Nicho, niesamowite, malutkie miejsce schowane gdzieś w górach, z jedną z najgorszych ale bardzo pięknych dróg dojazdowych na wyspie. Idealne miejsce żeby odsapnąć, na chwilę, odpocząć. Po drodze wzięliśmy autostopowiczkę, starszą panią z wioski. Chociaż my jak zawsze pełni chęci do rozmowy nic z tego nie wyszło, Pani znała tylko słowo "stop" ;) Ale cierpliwie czekała, aż skończymy fotografować widoki po drodze.


Wyżej wspomniane widoki, droga do El Nicho






Wodospad El Nicho


Konia z rzędu ..., gdzieś po drodze

I na koniec Trinidad, dojechaliśmy przed samym zachodem słońca, krążyliśmy szukając naszej Casa odganiając się od tłumu naciągaczy. A nawigacja łatwa nie była, miasto jak sporo innych na wyspie ma podwójne nazwy ulic, przed i porewolucyjne. Na dokumentach są te nowe, lokalni używają starych, zamieszanie jest spore. Spotkaliśmy też zawodowego przechwytywacza turystów, pokazał nam bowiem wizytówkę Casy której szukaliśmy, powiedział pokazując na nią "My house is full" i próbował zaprowadzić do innej. Ale nie był specjalnie przekonywujący.

Sporo takich naciągaczy spotkaliśmy, zawsze pełno ich w centrach miast czy przy drogach wjazdowych. Kubańczycy żyją z turystów, nie ma się co dziwić. Czasem naciągacze są nieco namolni, wtedy najlepiej ignorować ale zazwyczaj jest to całkiem niezła okazja do rozmowy. I zawsze się zaczyna pytaniem "What are you from?", przy czym często jest to jedyne zdanie po angielsku w całej konwersacji :) A jak się czegoś szuka na mieście to bardzo pomaga, czegokolwiek by się nie szukało. W Santiago ktoś do mnie podszedł i spytał czego potrzebuję, taxi, restauracji czy może panienki? Wszystkie potrzeby jak widać mogą być zaspokojone ;)

Ale oprócz naciągaczy przeważająca większość ludzi na Kubie jest bardzo miła, przyjacielska, rozmowna i pomocna. Często podchodzą do Ciebie tylko, żeby porozmawiać, czasem coś sprzedają, czasem po prostu po to, żeby pogadać z kimś po angielsku. Nigdzie indziej nie rozmawiałem tyle z ludźmi w obcym kraju. Spytaliśmy się kiedyś w muzeum o drogę, kiedy pani zobaczyła, że idziemy w złym kierunku wybiegła z budynku na ulicę pokazując nam właściwy. Są naprawdę niesamowici. Nie z każdym można porozmawiać o wszystkim, w kraju w którym jest cenzura, bezpieka, donosiciele i systemy szukające określonych słów jak Fidel czy rewolucja w sms'ach trzeba komuś zaufać, żeby na pewne tematy porozmawiać. Ale można. Tylko dobrze znać hiszpański bo z angielskim jak już pisałem krucho.

Osobną kategorią są ludzie związani z turystyką, właściciele Casa, taksówkarze czy sprzedawcy w miejscach turystycznych. Oni żyją z przypływu dewiz, dzięki turystom żyją na zdecydowanie lepszym poziomie, domy są ładniejsze, samochody nowsze, są lepiej odżywieni. Wszystko oczywiście oficjalnie, półoficjalnie a czasem całkiem nielegalnie. Kubańczycy kombinują jak mogą, muszą. Bo kiedy pensja wykształconej farmaceutki na prowincji wynosi ok. 20 CUC, robotnika może 10 a to starcza na 2 obiady w knajpie lub 10-20 litrów benzyny. Więc robią co mogą, prowadzą Casa, sprzedają banany, kokosy, kawę, cebulę, ser, większość nielegalnie bo bez podatku, w zagrożeniu więzieniem bo to poważne przestępstwo. Turyście nic nie grozi, za to sprzedawca może pójść siedzień na kilka lat.

Bo 20 CUC to tylko 60 zł, ciężko z tego wyżyć prawda?


Sprzedawca plecionych toreb, Trinidad

A na zakończenie, Trinidad słynie z drinka zwanego Chanchanchara, napoju z miodu, rumu i soku cytrynowego. Próbowałem, mocne jak cholera i dobre. Bardzo dobre.

cdn


by qbk | 2009-12-28 23:42:51 | skomentuj (6)

Disclaimer:
Wszystkie zdjęcia na tej stronie są moją prawną własnością i nie moga być publikowane w celach komercyjnych bez mojej zgody.

Licencja Creative Commons: Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych
design by qbk

2004: VIII IX X XI XII
2005: I II III IV V VI VII
         VIII IX X XI XII
2006: I II III IV V VI VII
         VIII IX X XI XII
2007: I II III IV V VI VII
         VIII IX X XI XII
2008: I II III IV V VI VII
         VIII IX X XI XII
2009: I II III IV V VI VII
         VIII IX X XI XII
2010: I II

Tagi: Kuba