qbk.blog.pl

archiwum: notki z tagiem: kuba






Hawana bladym świtem
 



Kliknij żeby powiększyć (Click to enlarge images)

Havana, Cuba

Wróciłem znaczy, z końca świata, cały i zdrowy :) Więcej fotek wkrótce, w nieco odmiennej niż zwykle postaci. Bo same obrazki to za mało ...



by qbk | 2009-12-02 23:47:14 | skomentuj (15)
La Habana
 
Kuba, dzień 1
Pomysł na Kubę pojawił się z przypadku. Od dawna chodzi za mną wyjazd do Tajlandii, myślałem też o jakimś rejsie po Atlantyku. I nagle podczas niezwiązanej z podróżą rozmowy na gg okazało się, że moja znajoma ma podobny problem, chce jechać na Kubę tylko nie ma z kim. Więc Kuba? Czemu nie, miało być ciepło, daleko i fotogenicznie, pasowało doskonale :)

A kto by się tam przejmował, że oboje nie znamy hiszpańskiego ;)

Podróż zaplanowaliśmy błyskawicznie, w biletach pomógł znajomy Karoliny pracujący w biurze podróży (swoją drogą polecam tą drogę, zazwyczaj można szybciej znaleźć wszystkie dostępne możliwości a czasem i dużo tańsze bilety, np. czartery). Od razu też założyliśmy, że chcemy zobaczyć jak najwięcej więc będziemy dużo podróżować. Szybko okazało się, że kraj może być komunikacyjnie trudny, pociągi niby są ale jeżdżą z rozkładami umownymi, znaczy może przyjedzie dzisiaj, może jutro. Z autokarami (turystycznymi) jest lepiej, ale też jakoś nieszczególnie - nie jest ich dużo. Znaczy jeździmy samochodem.

Wstępne rozpoznanie to w ogóle ważna sprawa, im więcej przeczytasz przed wyjazdem w takie miejsce tym lepiej. Przed samym wyjazdem spotkaliśmy 2 Francuzki które przyjechały kompletnie w ciemno, nie wiedziały nawet jak się wydostać z Hawany kiedy okazało się, że pociąg do Vinales to nie wiadomo kiedy odjeżdża i żeby przychodziły codziennie i się pytały :)

My skorzystaliśmy z pomocy ANDARES'a, małej firmy zajmującej się pomocą w organizacji takich wojaży na Kubie. Firma to małżeństwo, Polka i Kubańczyk, bardzo mili i pomocni. Zajęli się rezerwacją samochodu (to ważne, tam jest deficyt samochodów w wypożyczalniach, często ich brakuje), pomogli opracować trasę i zarezerwowali noclegi. Nocować chcieliśmy głównie w Casa Particulares (pokoje wynajmowane u kubańskich rodzin) i jak się na miejscu okazało to był strzał w dziesiątkę. Zapewnili też anglojęzyczną pomoc na miejscu i wypożyczyli jedyną dobrą drogową mapę Kuby (bardzo ciężka do dostania na miejscu).

W ogóle to polecam poczytać http://kubaonline.pl/ i ogólnie o podróżach: http://www.koniecswiata.net/poradnik/ - bardzo fajne i przydatne poradniki, zwłaszcza o tym co spakować, jak przetrwać w samolocie itp. Lektura obowiązowa!


Lotnisko, Amsterdam

Nasza podróż była bezproblemowa, lecieliśmy przez Amsterdam i po kilku godzinach na holenderskim lotnisku siedzieliśmy już w Boeingu 767 linii Martinair na Kubę. Leci się długo, 9,5 godziny w tamtą stronę (powrót 8,5) - ciężko to przetrwać. Z kilku lotów na takich trasach najważniejsze co się nauczyłem to spać jak najwięcej, pić dużo wody i łazić po samolocie ile się da. Ale i tak wykańcza.

Dolecieliśmy już po zachodzie słońca, wymęczeni wyczłapaliśmy z samolotu, doszliśmy do hali odpraw a tam całkiem nowoczesne kamery termowizyjne, ekipa lekarska w maskach i makabryczna kolejka do odprawy paszportowej. To trwa, trwało straszliwie długo. Każdy paszport musi być dokładnie obejrzany, przeczytany, sprawdzony a każdy turysta sfotografowany (wyjeżdżającym też robią zdjęcia i porównują ze sobą - pewnie fajnie to wygląda, biała twarz - brązowa twarz). Problemów nie było, bagaż już na nas czekał, później tylko wymiana pieniędzy i do taksówki. Z taksówkami to jest tak, że można jechać z taksometrem (wtedy przejazd jest państwowy) albo dogadać się na określoną sumę - my zmęczeni wybraliśmy pierwszą opcję.

Później był hotel, degustacja nielegalnego sera u przyjaciół na miejscu, pierwsze wrażenia z Hawany i pierwsze mojito w barku przy słynnym Maleconie. I długi, długi sen...


Wschód słońca
Havana, Cuba

cdn



by qbk | 2009-12-07 00:06:53 | skomentuj (4)
Pampers Boy
Kuba, dzień 2

Hawana, Havana, La Habana

Miasto potwornie zaniedbane i odnowione, parne i duszne, wilgotne i suche, przytłaczające i lekkie, wesołe i dołujące. Miasto wielu oblicz. Hawana była byłaby chyba najpiękniejszym miastem na świecie gdyby nie była taka zniszczona. Rewolucja bardzo się źle z nim obeszła, także podobno Fidel nigdy nie lubił stolicy więc celowo na to pozwolił. Mieszkania są państwowe, czynsze dotowane więc nikt nie poczuwa się do bycia właścicielem, nikt o nie nie dba. Częściowo odnawiane są miejsca turystyczne, podobno wiele zostało zrobione. Trochę to widać, trochę nie.

Spędziliśmy w Hawanie nieco ponad dwie doby, odkryliśmy jej dwa różne oblicza, pewnie ma ich setki. Pierwsze wrażenia bardzo mieszane. Duszno i gorąco, około 30 stopni. My nieco rozkojarzeni, z jet-lagiem powodującym pobudkę jeszcze przed świtem. Miasto od rana żyje bardzo energicznie, za to ruchu na ulicach bardzo mało jak na europejskie warunki. I dobrze, bo inaczej byłoby zupełnie nieprzejezdne (ale o drogach będzie odrębna notka :). Dookoła słynne stare kubańskie samochody, w zadziwiająco dobrym stanie - bardzo o nie dbają i pielęgnują. Na chodnikach wszystkie rasy, od bardzo czarnych przez mieszane po białych. Budynki piękne, piękne i bardzo zniszczone. Ciekawe są krawężniki, niektóre mają po 50cm wysokości. Albo światła uliczne za skrzyzowaniami (kompletnie ich nie widać) czy świetny patent: światła z licznikiem pokazującym ile jeszcze dokładnie będzie trwało. Miszmasz :)

Ogólnie kolorowo, tłumnie i wciągająco.


Malecon (bulwar) o świcie



Casa de la musica




Capitol






Kubańskie samochody





Przewłóczyliśmy się tak prawie cały dzień, ze schowanym przewodnikiem łaziliśmy trochę bez celu, głównie po starej Hawanie (Vieja), prawie nie dochodząc do odnowionych turystycznych fragmentów. Mieliśmy spędzić jeszcze tutaj ostatnie dni pobytu więc po prostu wchodziliśmy w klimat Kuby. Czułem się bezpiecznie, poza jednym fragmentem kiedy to wchodząc w slumsy podeszli do nas policjanci i na migi radzili pilnować toreb, aparatów. Poszliśmy dalej choć z jednego zaułka się wycofaliśmy, pomimo środka dnia chyba nie byliśmy tam mile widziani. Poza tym jednym miejscem nigdy się na Kubie nie czułem zagrożony. Niesamowici są ludzie, zazwyczaj bardzo przyjaźni i pomocni, w miejscach turystycznych jest też sporo naciągaczy. Natknęliśmy się na takich wielu, jednego bardziej, tytułowego "Pampers Boya".

To było tak: włóczyliśmy się trochę bez celu, nieustannie też z kimś rozmawialiśmy, na Kubie często ludzie do Ciebie podchodzą, pytają skąd jesteś, zapraszają do knajp, mówią, że pokażą jakieś słynne miejsca. Ten był skuteczniejszy, nienarzucająco się miły, zaczął standardowo ale później opowiadał o swojej grze na muzyce, nawiązywał do Polski, wręczył nam 3 lokalne peso i kiepskiej jakości cygaro. Sytuacja już była dla mnie podejrzana ale wydawała się absolutnie niegroźna. I w którymś momencie spytał się czy nie moglibyśmy wyświadczyć mu przysługi, kupić w jego imieniu pampersy dla dziecka w sklepie walutowym (CUC - waluta pseudowymienialna) twierdząc, że kubańczycy nie mogą w nich kupować (co jest bzdurą, mogą o ile mają CUC, to turyści nie mogą kupować w sklepach kartkowych za pesos). Bo oni mają kartki na 2 paczki na miesiąc (co już chyba prawdą jest). Cały czas tak prowadził sprawę, że on da pieniądze a my tylko kupimy. I tak nas zakręcił, że złapał 5 paczek z pampersami i zniknął a my musieliśmy za nie zapłacić. Naprawdę, zawodowiec, dobry był. Sprzedawczyni w sklepie też nie była zaskoczona sytuacją. Jestem wyczulony na takie sprawy ale pomimo pulsującej lampki ostrzegawczej w głowie dałem się oszukać. Cóż, 82 CUC (ok 180zł) poszło na jego konto a my z tej historii wyszliśmy z nieco gorszym humorem ale dużo ostrożniejsi na przyszłość. Za to jakieś dziecko dostanie 5 wielkich paczek pampersów i będzie jakiś czas szczęśliwsze :)










Życie ulicy

Na koniec dnia kolacja (w restauracji w centrum, żarcie średnie ale o jedzeniu jeszcze napiszę) i odebraliśmy samochód z wypożyczalni. Czerwony Peugeot 206, nieco zajeżdżony. Sprawdziłem go dokładnie i ze wszystkich stron, od razu jakoś nie wzbudził mojego zaufania. Następnego dnia okazało się, że słusznie. O czym i pierwszemu zderzeniu z PODRÓŻĄ ;) w następnej notce.

cdn



by qbk | 2009-12-09 01:06:41 | skomentuj (5)
El Coche Problemo
Kuba, dzień 3

El Coche Problemo

Dzisiaj będzie o pierwszym prawdziwym zderzeniu z PODRÓŻĄ samochodem po Kubie. A było to tak...

Rano, nadal skoro świt, po śniadaniu wymeldowaliśmy się z hotelu, zapakowaliśmy cudem (bo Peugeot 206 ma jedynie zaliczkę na bagażnik) i w doskonałych humorach wyruszyliśmy do Vinales. Vinales to dolina i jednocześnie miasteczko, miejsce bardzo urokliwe i przez to bardzo często odwiedzane przez turystów. Z Hawany można tam dojechać autostradą ale przecież co to za zabawa jak i piękną nadmorską drogą wzdłuż Atlantyku. Oczywiście wybraliśmy tą drugą. Początek był niezły, wyjazd z Hawany przebiegł bez problemu, wyjeżdża się przez nowe dzielnice, ładne, kolorowe, pełno zieleni. Jak zupełnie inne miasto.

Tankowanie też bez problemu, te kilka godzin studiowania hiszpańskiego w samolocie zaczęło przynosić rezultaty. Na stacjach dostępne są dwa rodzaje benzyny: 90 i 94 oktanów (especial), do samochodów turystycznych można tankować tylko tą drugą, to ważne bo jest dostępna tylko na niektórych, większych stacjach. Benzyna jest tańsza niż w Polsce, litr kosztuje ok 3,3zł. Ciekawostka, sprzedawcy muszą spisywać ludzi którzy płacą banknotami o większych nominałach: 50 i 100 CUC (150 i 300zł) co zawsze trochę trwa więc wygodniej mieć mniejsze.

Więc jechaliśmy tak sobie spokojnie podziwiając tropikalne widoki, narzekając z uśmiechem na stan dróg (to jest temat na całą notkę więc proszę być cierpliwym) i zatrzymując się od czasu do czasu żeby zrobić fotkę aż w którymś momencie samochód zawył silnikiem i zgasł. Zapalił na szczęście ale troszkę mu się jednak popsuło. A konkretnie mechanizm wolnych obrotów, zaczęły one wariować i skakać od 1000 do 3500 obrotów, cały czas. Nic nie pomagało, ani wyłączenie silnika ani jakiekolwiek próby w nim pogrzebania.

No nie, udało nam sie odjechać może z 80km od Hawany a już nie mamy czym jeździć? ;) A cała wyspa przed nami!

Na szczęście jakoś się dało z tym jechać, powyżej 50km/h było bez problemu, silnik nie wariował, ciężko natomiast było jechać wolniej, musiałem cały czas kontrować sprzęgłem wariacje silnika inaczej samochód skakał jak szalony. Zdecydowaliśmy się, jedziemy ostrożnie dalej, wysłaliśmy sms'a do Diany, naszego anglojęzycznego supportu i umówiliśmy się z nią, że będziemy dzwonić wieczorem kiedy dotrzemy do naszego noclegu. No i lekko zestresowani kompletnie się zgubiliśmy.


Droga i bardzo popularne tablice, są wszędzie


i bezdroża


Znowu droga, tym razem autostrada. Ruch jak widać znaczny


A dookoła tropiki

Na Kubie, zwłaszcza na zachodzie wyspy jest mało drogowskazów. Znaczy jest może kilka. Któregoś dnia nawet się specjalnie zatrzymałem żeby zrobić fotkę jakiegoś, taki to rarytas. Trzeba się bez przerwy pytać o drogę, sama mapa nie wystarczy, wtedy jeszcze tego nie wiedzieliśmy. Odnaleźliśmy się po jakiejś może godzinie, dobre 50 km od miejsca w którym mieliśmy być, dużo bliżej autostrady niż naszej wspaniałej drogi wzdłuż Atlantyku. Samochodem po wolnych kiepskich drogach i przez miasteczka jechało się makabrycznie więc zamiast wracać dobiliśmy do autostrady, tam się jakoś dało. I tutaj pełen komfort, droga niezła, pusta. Pod koniec trzeba było zjechać i przejechać przez miasto Pinal del Rio, oczywiście pogubiliśmy się kompletnie, samochód wariował, ruch jak na lokalne warunki makabrycznie wielki, było ciężko. Odnalazłszy się w końcu wjechaliśmy do doliny i dojechaliśmy do miasta. Miejsce bardzo ładne, dużo mniejsze od Hawany, małe miasteczko. Jedna duża ulica, kilka mniejszych, spokojnie, cicho. Szukając kwatery uczyliśmy się jak to robić. No więc trzeba się pytać, jak najwięcej ale odpowiednich ludzi. Nieźli są policjanci, rykszarze, taksówkarze, ludzie idący z pracy czy z zakupami, pary. Ludzie są bardzo pomocni, chętnie pokazują drogę, mówią gdzie skręcić. Unikać należy natomiast tych którzy ewidentnie wyglądają na naciągaczy albo po prostu właścicieli innych Casa, oni chętnie Cię pokierują Cię ale do własnej.

W końcu znaleźliśmy naszą Casa Particulares, nocleg na dzisiaj. Właścicielka, Nilda już czekała na nas na tarasie, trochę się niepokojąc naszą długą drogą. Z ulgą wyłączyłem samochód, wszedłem do ślicznego domu a tam raj. Nasz pokój piękny, w kolonialnym stylu, drewniane okiennice, wygodne łóżko, czyściutka łazienka. Nilda kompletnie nie mówiła po angielsku ale co tam, i tak się dogadywaliśmy. Dostaliśmy pyszną kawę, zamówiliśmy kolację i zacząłem dzwonić do Diany w sprawie samochodu. Sprawa już była w toku, Diana walczyła dzielnie z wypożyczalnią od czasu pierwszego sms'a. Ale trochę takie rzeczy tam trwają, cały wieczór czekaliśmy uziemnieni rozmawiając z kimś co chwila przez telefon. Aż w końcu, późnym wieczorem pomimo tego, że po Kubie nie jeździ się po zmroku przyjechała pomoc drogowa. Pan był raczej mało zadowolony, nie wiem co Diana zrobiła żeby go wyciągnąć do nas tak późno ale dokonała cudu. Samochód oczywiście dalej był zdeterminowany żeby być zepsutym i po kolejnych telefonach Dianie udało się zmusić firmę do wymiany. Miał być z samego rana. Cała akcja z naprawą i telefonami trwała dobre 5 godzin więc później zmęczeni już bardzo zostaliśmy na miejscu, nie wychodząc dalej niż po mojito do kuchni. Drinki jakie dostaliśmy u Nildy były w czołówce wszystkich jakie piliśmy na Kubie, kolacja doskonała, rozmowa z gospodarzami o śniegu i innych dziwnych anomaliach przyrodniczych bardzo ciekawa więc do miasta nas nie ciągnęło.


Casa Particulares Nildy


I sąsiedzi

Następnego dnia miała być jaskinia, dolina i leniwe plażownie. O czym w następnej notce.


Latarnia morska nad Atlantykiem

cdn




by qbk | 2009-12-09 23:05:22 | skomentuj (3)
8998 km od domu


Droga do Cayo Jutias


Plaża


Zamarznięte na kość ryby najłatwiej rozmrozić w oceanie :)

To tak tytułem wstępu przed nową notką
Cuba, Playa Cayo Jutias
22.702N 84.0504W
dokładnie 8998 km od domu



by qbk | 2009-12-10 23:43:33 | skomentuj (3)
Karaibski turystyczny raj
Kuba, dzień 4

Karaibski turystyczny raj

Rano, zaraz po śniadaniu, zgodnie z obietnicą dojechał do nas nowy samochód. W porównaniu z pierwszym bajka, chociaż także Paugeot 206 to wyposażony we wszystko co tylko można sobie w samochodzie zamarzyć. Sprawny silnik, prawie nowe opony, ABS, sprawną klimatyzację, elektrycznie opuszczane szyby a nawet automatyczną skrzynię biegów. Dawno nie jeździłem automatem, musiałem nabrać wprawy ale to okazało się strzałem w dziesiątkę w chaotycznym kubańskim ruchu miejskim. I poza jedną sytuacją z którą poradziłem sobie w pięć minut nie zawiódł ani razu. Miał tylko jeden feler, niedziałający klakson ale co z tego wynika w następnej notce.


Wizyta sąsiedzka


Dolina Vinales


Dolina Vinales

Z nowymi siłami, zaopatrzeni w wodę i przewodnik wyruszyliśmy na zwiedzanie okolicy. Najpierw Gran Caverna de Santo Tomas czyli największy na Kubie system jaskiń. Jaskinie, jak jaskinie, rzecz dla koneserów, ja nim nie jestem ale te były naprawdę fajne. Są naprawdę spore, do zwiedzania udostępniony jest tylko drobny fragment. Uroku dodaje to, że nie są oświetlone, jedyne światło to małe latareczki diodowe na kaskach i gazowa lampa przewodnika. Wrażenie robi też moment w którym przewodnik prosi wszystkich o wyłączenie światła, aż czuć te miliony ton skał dookoła. Nigdy też nie byłem w jaskini w której było tak gorąco.


Gran Caverna de Santo Tomas


Gran Caverna de Santo Tomas

Po łażeniu po dziurach w ziemi pojechaliśmy do Cayo Jutias, słynnej plaży w okolicy. Miejsce jest naprawdę fajne, to półwysep, pełny pięknych piaszczystych plaż i intensywnej zieleni palm. Prawdziwy tytułowy karaibski raj. Prowadzi do niego droga na grobli, ewidentnie nasypanej przez ludzi, jazda po niej robi niesamowite wrażenie. No i ta dzika plaża z latarnią morską, bajka :)


Latarnia morska na Cayo Jutias



Plażowe klimaty, Cayo Jutias


I tam właśnie, po raz pierwszy odkryliśmy instytucję kubańskiej enklawy turystycznej. Na drodze stoi szlaban, sprawdzane są paszporty, kontrolowane są samochody. To był chyba pierwszy taki checkpoint jaki widzieliśmy, później się okazało, że jest ich sporo. W samym Cayo Jutias są prawie sami turyści, jedyni kubańczycy jakich tam widziałem to pracownicy knajp przy plaży lub latarni morskiej. Takich enklaw na Kubie jest więcej, największa to słynne Varadero czyli cały półwysep zamieniony na miasteczko hotelowo-turystyczne. Dookoła cudowne plaże, błękitno-zielony ocean, palmy... Tylko mało w tych miejscach prawdziwej Kuby.

Wracając do Vinales wzięliśmy autostopowiczów, kobietę i mężczyznę. Rozmowa była prześmieszna, rozmawialiśmy głównie z facetem - on mówił po hiszpańsku, my po angielsku a rozumieliśmy się całkiem nieźle. O autostopie na Kubie też jeszcze napiszę.

Na koniec kilka fotek przy zbudowanym przy najlepszym punkcie widokowym na dolinę Vinales hotelu Los Jasmines. Miejsce magiczne, my byliśmy o zachodzie słońca, podobno jeszcze ładniej jest o wschodzie. Dolina jest wpisana do UNESCO, warto zobaczyć.


Dolina Vinales


Dolina Vinales


Dolina Vinales


Motorola też robi niezłe foty :)

Następnego dnia mieliśmy pierwszy duży przejazd, 460km. No więc notka będzie o drogach. A jest o czym pisać :)

cdn



by qbk | 2009-12-14 01:06:48 | skomentuj (3)
Kolejny wstępniak przed nową notką
A w niej, między innymi:


W zatoce świń, na straży. W cieniu, dla ochłody.


Małe wesołe krokodyle


Oraz pojazdy ;)




by qbk | 2009-12-15 00:19:00 | skomentuj (6)
D jak DRIVE
Kuba, dzień 5

Dzisiaj będzie historia o drogach. I rzeczach powiązanych.

Drogi na Kubie mają swoje kategorie, do takiej teorii doszliśmy po kilku dniach jazdy. Kategorie nie zależą od oficjalnej klasyfikacji, kategoria określa rozsądną prędkość jazdy. Kategoria specjalna to brak drogi, znaczy droga na mapie jest ale w terenie to juz niekoniecznie. Taką znaleźliśmy jedną, poddałem się po 8 km czując, że jeszcze kilka to Peugeot się rozpadnie i dalej będę go niósł. W kawałkach ;)

Kategoria 0 to droga na której się głównie stoi, znaczy można jechać kilka km/h - dziury są takie, że grozi urwaniem pół samochodu. To głównie boczne drogi na zachodzie wyspy, w ogóle drogi równoległe do autostrad, szczególnie na zachodzie są w bardzo kiepskim stanie. Sporo jest dróg kategorii 30, już można jechać ale z takiej prędkości można się zatrzymać natychmiast. Co pomaga w dojechaniu do jej końca tym samym samochodem. Kategoria 70-90 także istnieje, a jakże, klasyczny przykład to główna droga środkiem wyspy na wschód, dojeżdżająca aż do Baracoa czyli prawie najdalszego punktu do którego turysta jest w stanie dotrzeć. I ma obwodnice prawie wszystkich miast. Na wschodzie jej rolę pełni autostrada (w zasadzie dwie). Autostrady są naprawdę niezłe, mają 2-3 pasy, miejscami jechałem aż do 130km/h ale i tak trzeba bardzo uważać bo WIELKIE DZIURY zdarzają się i na niej, kilkakrotnie wciskałem hamulec do podłogi. Są w zasadzie dwa odcinki, jeden od Hawany na zachód aż do Pinal de Rio, jakieś 160km, drugi od Hawany na wschód, ok 350km. Podobno dalej jest w budowie choć to jak z naszymi, efektu specjalnie nie widać. Dłuższy odcinek nosi nazwę Autostrady Narodowej. Ino z Hawany ciężko na nią trafić, konia z rzędem temu kto znajdzie jakikolwiek znak na ostatnim zjeździe. W związku z tym trzeba się cofać. Albo zawracać. Albo jechać pod prąd, co też na autostradach widziałem :)

Ze znakami na drogach w ogóle jest śmiesznie, na zachodzie mało co są, znaczy jak zobaczyłem pierwszy drogowskaz to się zatrzymałem i zrobiłem mu zdjęcie. Na wschodzie jest dużo lepiej, drogi są nieźle oznakowane.

I trzeba uważać, bardzo uważać. Na drogach są samochody, autokary, ciężarówki, wozy, konne bryczki, konie, krowy, psy, woły, rowery, kozy, świnie, sępy, czasem na asfalt wystają nogi Kubańczyka który właśnie spi sobie w cieniu który dają krzaki rosnące w pasie zieleni. I dlatego też po Kubie nie jeździ się w nocy, jest to zbyt niebezpieczne, za łatwo na kogoś lub na coś najechać. Sporo też samochodów nie ma świateł, jakichkolwiek, a jak już ma jeździ na długich. Nie wiem też jakie są ograniczenia prędkości, i tak pewnie przy jakości dróg raczej ciężko je przekroczyć :)


Autostrada, wersja bez pojazdów


Autostrada, wersja z pojazdami


Droga, kategoria 30, za to bardzo urokliwa


Kubańczycy jeżdżą naprawdę dobrze, każdy użytkownik drogi ma równe prawa, nikt nie rozjeżdża i nie spycha z drogi chaotycznych rowerzystów, trąbi się na nich bardziej ostrzegając o samochodzie z tyłu niż agresywnie rozgarnia. W sumie robi to wrażenie totalnego chaosu ale jak się poczuje klimat jazda jest całkiem bezproblemowa. Tylko trzeba mieć klakson, a że nasz El Coche nie miał ...

Pamiętajcie, wypożyczając samochód na Kubie klakson ważniejszy niż klima. Serio :)

Klima się przydaje i owszem, choć jestem raczej wrogiem zamrażarki w tropikach. Jeżdżąc bez klimy szybciej się przyzwyczaisz do klimatu, to naprawdę po kilku dniach pomaga. Widziałem już turystów w takim miejscu którzy 20 minut po wyjściu z mocno klimatyzowanego pojazdu dostawali udaru cieplnego, mdleli i odpływali. Więc my używaliśmy klimy tylko wtedy kiedy się nie dało inaczej albo w miastach, chroniąc się przed koszmarnym czarnym dymem wydobywającym się z zdezelowanych węgierskich ciężarówek.

Tak swoją drogą miło pisać o upale i klimatyzacji kiedy za oknem -13 stopni a Polskę zasypało śniegiem :)






Farma krokodyli, Zatoka Świń


I tak na koniec ogólnie o drogach to sytuację mocno ratuje to, że ruch jest bardzo mały. Samochodów jest mało, benzyna koszmarnie jak na warunki kubańskie droga (ok 3,3 zł/litr 94). Czasem przez kilka, kilkanaście minut nie widać żadnego innego samochodu. Tylko w miastach, zwłaszcza w Hawanie ruch jest większy.




Zatoka Świń


No i się rozpisałem ogólnie. A w podróży rozpoczęliśmy wędrówkę na wschód, pierwszy długi odcinek, ok 460km, z Vinales do Cienfuegos. Droga długa, bardzo długa jak na lokalne warunki. Ciężko jest przejechać przez Hawanę, autostrada wjeżdża do miasta, trzeba się przebić jego obrzeżami i znaleźć wyjazd z drugiej strony, prawie bez znaków. Dalej farma krokodyli przy wjeździe do Zatoki Świń, bardzo urokliwe miłe zwierzątka. Robią wrażenie ... Jest takich farm ok 10, Kubańczycy odnawiają prawie wytępioną populację. I na koniec sama zatoka, zatoka jak zatoka, ładna okolica a miejsce jest bardzo znane z porażki wspieranych przez USA opozycjonistów którzy próbowali kiedyś dokonać inwazji. Wszystko to sprawiło, że do naszej Casy dojechaliśmy przed samym zachodem słońca, kapiel, kolacja i najlepsze mojito jakie piliśmy na Kubie.


Kolonialny dom o zachodzie słońca, Cienfuegos

Tak proszę Państwa, najlepsze mojito są w Cienfuegos i nikt mi nie powie inaczej :)

cdn



by qbk | 2009-12-18 01:09:59 | skomentuj (6)
Zaliczka budowlana



Cienfuegos


Fidel, In the middle of nowhere


Wieś w górach



Wodospad El Nicho

W ramach zajawki do tytułu następnej notki fotki wybitnie związane z budownictwem. No może poza wodospadem, ale to zapewne wypadek przy pracy ;)




by qbk | 2009-12-21 00:10:53 | skomentuj (2)
My house is full
Kuba, dzień 6

Miało być budowlanie, jest budowlany tytuł notki ;)

Długo nie pobyliśmy w Cienfuegos, ot noc i kilka godzin wieczorem i rano. A miasto warte dłuższego pobytu, jedno z ładniejszych na Kubie, sympatyczna atmosfera i niezbyt dużo turystów. Miasto zostało założone w XIX wieku przez francuzów, architektura klasycystyczna, w całkiem niezłym stanie i naprawdę śliczna. Naprawdę warto pójść na spacer. I te rewelacyjne mojito ... :)


Casa w Cienfuegos

Więc lekkie śniadanie na tarasie z widokiem na zatokę i w drogę.

Dzisiaj miał być Trinidad, jedno z najsłynniejszych miejsc turystycznych na Kubie. Droga raczej krótka, może 120 km ale oczywiście trochę zamarudziliśmy po drodze.

Najpierw w Delfinarium, trzeba trochę zboczyć z drogi ale warto. Za jedyne 50 CUC można bowiem z delfinami sobie popływać. Niesamowita sprawa, ja co prawda nie skorzystałem ale Karolina tak i była zachwycona. Już samo pluskanie się wśród delfinów jest świetną zabawą, nie mówiąc o wszystkich sztuczkach które one robią dla nagrody ze smacznej ryby. Delfiny widziałem kilka razy, czasem naprawdę wielkie stada ale nigdy z tak bliska i nigdy dotąd nie miałem okazji żadnego pogłaskać. Bezcenne!




Delfinarium

Po delfinach Wodospad El Nicho, niesamowite, malutkie miejsce schowane gdzieś w górach, z jedną z najgorszych ale bardzo pięknych dróg dojazdowych na wyspie. Idealne miejsce żeby odsapnąć, na chwilę, odpocząć. Po drodze wzięliśmy autostopowiczkę, starszą panią z wioski. Chociaż my jak zawsze pełni chęci do rozmowy nic z tego nie wyszło, Pani znała tylko słowo "stop" ;) Ale cierpliwie czekała, aż skończymy fotografować widoki po drodze.


Wyżej wspomniane widoki, droga do El Nicho






Wodospad El Nicho


Konia z rzędu ..., gdzieś po drodze

I na koniec Trinidad, dojechaliśmy przed samym zachodem słońca, krążyliśmy szukając naszej Casa odganiając się od tłumu naciągaczy. A nawigacja łatwa nie była, miasto jak sporo innych na wyspie ma podwójne nazwy ulic, przed i porewolucyjne. Na dokumentach są te nowe, lokalni używają starych, zamieszanie jest spore. Spotkaliśmy też zawodowego przechwytywacza turystów, pokazał nam bowiem wizytówkę Casy której szukaliśmy, powiedział pokazując na nią "My house is full" i próbował zaprowadzić do innej. Ale nie był specjalnie przekonywujący.

Sporo takich naciągaczy spotkaliśmy, zawsze pełno ich w centrach miast czy przy drogach wjazdowych. Kubańczycy żyją z turystów, nie ma się co dziwić. Czasem naciągacze są nieco namolni, wtedy najlepiej ignorować ale zazwyczaj jest to całkiem niezła okazja do rozmowy. I zawsze się zaczyna pytaniem "What are you from?", przy czym często jest to jedyne zdanie po angielsku w całej konwersacji :) A jak się czegoś szuka na mieście to bardzo pomaga, czegokolwiek by się nie szukało. W Santiago ktoś do mnie podszedł i spytał czego potrzebuję, taxi, restauracji czy może panienki? Wszystkie potrzeby jak widać mogą być zaspokojone ;)

Ale oprócz naciągaczy przeważająca większość ludzi na Kubie jest bardzo miła, przyjacielska, rozmowna i pomocna. Często podchodzą do Ciebie tylko, żeby porozmawiać, czasem coś sprzedają, czasem po prostu po to, żeby pogadać z kimś po angielsku. Nigdzie indziej nie rozmawiałem tyle z ludźmi w obcym kraju. Spytaliśmy się kiedyś w muzeum o drogę, kiedy pani zobaczyła, że idziemy w złym kierunku wybiegła z budynku na ulicę pokazując nam właściwy. Są naprawdę niesamowici. Nie z każdym można porozmawiać o wszystkim, w kraju w którym jest cenzura, bezpieka, donosiciele i systemy szukające określonych słów jak Fidel czy rewolucja w sms'ach trzeba komuś zaufać, żeby na pewne tematy porozmawiać. Ale można. Tylko dobrze znać hiszpański bo z angielskim jak już pisałem krucho.

Osobną kategorią są ludzie związani z turystyką, właściciele Casa, taksówkarze czy sprzedawcy w miejscach turystycznych. Oni żyją z przypływu dewiz, dzięki turystom żyją na zdecydowanie lepszym poziomie, domy są ładniejsze, samochody nowsze, są lepiej odżywieni. Wszystko oczywiście oficjalnie, półoficjalnie a czasem całkiem nielegalnie. Kubańczycy kombinują jak mogą, muszą. Bo kiedy pensja wykształconej farmaceutki na prowincji wynosi ok. 20 CUC, robotnika może 10 a to starcza na 2 obiady w knajpie lub 10-20 litrów benzyny. Więc robią co mogą, prowadzą Casa, sprzedają banany, kokosy, kawę, cebulę, ser, większość nielegalnie bo bez podatku, w zagrożeniu więzieniem bo to poważne przestępstwo. Turyście nic nie grozi, za to sprzedawca może pójść siedzień na kilka lat.

Bo 20 CUC to tylko 60 zł, ciężko z tego wyżyć prawda?


Sprzedawca plecionych toreb, Trinidad

A na zakończenie, Trinidad słynie z drinka zwanego Chanchanchara, napoju z miodu, rumu i soku cytrynowego. Próbowałem, mocne jak cholera i dobre. Bardzo dobre.

cdn




by qbk | 2009-12-28 23:42:51 | skomentuj (6)
Rum na plaży smakuje wybornie




Wybrzeże morza Karaibskiego, okolice Trinidadu

A tak całkiem z innej beczki dzisiaj wpadł mi w ręce link do strony Ivarsa Gravlejsa
z absolutnie cudownym poradnikiem fotograficznym. Wszystkim, nawet tym całkiem zaawansowanym
bardzo polecam:

http://ivarsgravlejs.com/pages/uafp001.htm :D



by qbk | 2009-12-29 12:44:51 | skomentuj (1)
Are you Brasil? Or Portugal?
Kuba, dzień 7

Ten dzień miał być czasem odpoczynku od samochodu który powoli już nam się dawał we znaki. I takim był, cóż to jest bowiem 60 km wobec 3282 które w sumie przejechaliśmy. Rano Trinidad, jedno z najbardziej popularnych miast turystycznych na Kubie. Kolonialne, kiedyś będące jednym z centrów handlu niewolnikami. Jest częściowo odrestaurowane, począwszy od centralnie położonego Plaza Mayor poprzez szlak przez miasto który w niezmienionej postaci występuje we wszystkich znanych mi przewodnikach po wyspie. Reszta jest bardzo zaniedbana ale czystsza i milsza niż większość miast które widziałem w okolicy. Turystyczność miejsca jest ciekawa, przeważająca większość zwiedzających nie nocuje w Trinidadzie, są dowożeni autokarami z enklaw turystycznych jak Varadero i po kilku godzinach zwiedzania odwożona do hotelu. Skutek jest taki, że miasto jest tłumne od 11 do jakiejś 15-16, później zostają autochtoni i nieliczni turyści którzy jak my odważyli się na indywidualny transport.

















Trinidad, ten turystyczny i ten mniej

Turystów na wyspie jest w ogóle sporo, najwięcej oczywiście w enklawach, wielkich hotelach właściwie odseparowanych od Kuby i Kubańczyków. Miejsca wyglądają jak centra hotelowe w Egipcie, monstrualne hotele, białe plaże, palmy, błękitny ocean. I zero klimatu. Oczywiście warto skorzystać o ile ktoś lubi wylegiwanie się na plaży, my zresztą się też powylegiwaliśmy, w sumie może ze dwie-trzy godziny ;) Szukając czegoś takiego pewnie pojechałbym do Tunezji czy Maroka, bliżej i taniej. Niektóre biura podróży organizują wyjazdy łączone, plaża i objazdówka. W Baracoa spotkaliśmy taką grupę polaków, z Rainbow Tour, byli bardzo zadowoleni i polecali. Rzecz w tym, że wiele zależy od przewodnika, dobry jest w stanie pokazać wiele z niesamowitego klimatu wyspy, zły to cóż, wycieczka do Hawany i Trinidadu to nie wszystko...

Najlepiej zawsze pojechać indywidualnie choć niestety niewiele ludzi się na to odważa, może dlatego, że można tak podóżować od niedawna, zaledwie od połowy lat 90. Samochody turystyczne widać bo samochodów jest bardzo mało, ale w niektórych miastach turystów było tyle, żeby wypełnić dwie knajpy, może 50-100 osób w mieście liczącym dobre 70 tysięcy. Tytuł notki (pisownia oryginalna) pochodzi z pytania jakie nam zadali współlokatorzy w Casa, bardzo sympatyczni Francuzi spokojnie podróżujący wynajętym kubańskim samochodem sprzed 50 lat. Oczywiście z kierowcą. Francuzów w ogóle jest sporo, innych europejczyków też. Jest trochę Kanadyjczyków, Rosjan, nawet sporo Polaków, także mieszkających w UK. Bo zdecydowanie warto tu przyjechać :)









Okolice Trinidadu

Tego dnia zrobiliśmy rundkę dookoła Trinidadu, jest kilka punktów widokowych, malownicza wieża (podobno najwyższa wieża obserwacyjna na Karaibach) oraz kompleks plażowo-hotelowy. Na hotelowej plaży widziałem jedyną na wyspie kobietę opalającą się topless, nie jest to specjalnie popularne na Kubie. Choć chyba nie jest zakazane.

Na zakończenie impreza w Casa de la Trova z genialną, tradycyjną i jazzującą muzyką duetu "Duo Cofradia". Mam plytę, obiecuję zamieścić próbkę w notce o muzyce :)





Trinidad wieczorem

cdn




by qbk | 2010-01-03 23:51:17 | skomentuj (2)
Na żółtych blachach



Santiago de Cuba

Zdjęcie zajawkowe ale nie tylko o samochodach będzie ...




by qbk | 2010-01-05 00:10:11 | skomentuj (2)
Dlaczego nie ma kawy?
Kuba, dzień 8

Kawy nie było. W kawowym barze przy drodze. W innym punkcie gdzie zatrzymuje się więcej samochodów zepsuł się ekspres, towar zdecydowanie deficytowy. Więc przyjechali smętni panowie i ekspres zabrali. Od tak. Za to barista był bardzo sympatyczny i świetnie mówił po angielsku.

Nie tylko kawy brakuje, są problemy z zaopatrzeniem w ogóle. Brakuje środków żywności, niektóre higieniczne są tylko w sklepach walutowych, brakuje warzyw, mięsa i na przykład długopisów i ołówków. Jadąc na Kubę gdzieś przeczytaliśmy o długopisach i papierze toaletowym. Z tym drugim nie było problemów, natomiast wielka reklamówka reklamowych długopisów po parę groszy każdy, wielokrotnie nam pomogła. Albo chociażby spowodowała uśmiech i szczere „dziękuję”. Za to można kupić Coca Colę, oryginalną, made in Mexico. I banany, z tymi nie ma problemów w ogóle. Albo z cukrem.

Bo proszę państwa, Kuba cukrem żyje. Gdzieś z 50% upraw to trzcina cukrowa. Gleby są świetne, klimat idealny. Tylko, że rynek zbytu po rozpadzie Związku Radzieckiego padł a ceny surowca spadły więc skutek zabawy w centralne sterowanie gospodarki jest taki jak był u nas kiedyś. I to powoduje, że kraj mający potencjalnie świetne możliwości rolnicze importuje 70% produktów żywnościowych.





Trzcina cukrowa



Było trzcinie bo dzień był pełen jazdy przez monotonne pola cukrowe. Ciągną się kilometrami, dziesiątkami kilometrów. Jechaliśmy dalej na wschód, w stronę prowincji Oriente. Długa, długa droga, kolejne 500km choć szybko i mało męcząco. Nocleg zaplanowaliśmy w Bayamo, dla odmiany w hotelu, który co prawda był całkiem w porządku za to nie było w nim nic do jedzenia poza żółtym serem i owocami w puszce.

Za to miasto jest świetne, ma super atmosferę – bardzo lokalne, kompletnie nieturystyczne i na turystów nieprzygotowane. Nawet lodów nie można kupić, wszystko za lokalne pesos. Błądząc wieczorem i szukając fajnego miejsca na kolację trafiliśmy w końcu do najlepszej restauracji w mieście, taką gdzie się czeka w poczekalni i zostaje wprowadzony na salę. Taką do której się idzie od święta, ładnie ubranym i po to, żeby podelektować się za małymi porcjami jedzenia. Faktem jest też to, że była jedyną w której udało się wynegocjować zapłatę walutą :) Trochę tam nie pasowaliśmy, my w sandałach i tshirtach wśród elegancko ubranych Kubańczyków więc zostaliśmy posadzeni nieco na uboczu, naprzeciwko działającej na 100% klimatyzacji (norma w tropikach, jak już jest gdzieś klima to ustawiona na temperaturę lodówki). I za kolację z dwóch dań (przyzwoitą ale nie rzucająca na kolana) zapłaciliśmy 21 zł. Na 2 osoby. A napiwek spokojnie przekroczył 40% zamówienia ...







Bayamo, nasza restauracja i scenki miejskie

Polecam też spacer bardzo ciekawym i urokliwym bulwarem.

Ale coś miało być o samochodach, będzie o tablicach rejestracyjnych. Na Kubie są bardzo kolorowe:
- czerwona - turyści
- żółta - mieszkańcy
- błękit - firmy państwowe, busy, taxi
- brąz, zielone - wojsko (nie wiem dlaczego dwa kolory)
- pomarańczowe - kościół
- czarne - dyplomatyczne



Tablice rejestracyjne (wklejka niezbyt udana ale późno jest ...)

Od razu i z daleka widać kto jedzie, czy to Kubańczyk czy turysta więc wiadomo czy zatrzymywać do kontroli, czy nie. Na wszystkich punktach kontrolnych zatrzymywane są samochody z żółtymi tablicami, czerwone przejeżdżają bez problemu. Bo turystom łatwiej podróżować niż Kubańczykom ...

cdn




by qbk | 2010-01-12 00:34:38 | skomentuj (4)
Jak tańczylismy w Santiago
Kuba, dzień 9

Po szybkim serowym śniadaniu bo jak pisałem wczoraj w Bayamo nic innego do jedzenia nie było i krótkim spacerze po mieście wpakowaliśmy graty do plecaka, plecak do samochodu i w drogę. Cel to Santiago de Cuba, miejsce słynące z muzyki i tańca.

Po drodze zatrzymaliśmy się w Sanktuarium Matki Boskiej w El Cobre – najważniejszym miejscu kultu katolików na wyspie. Miejsce jest tłumnie oblegane przez pielgrzymów i bardzo ładnie położone na wzgórzu otoczonym małymi, intensywnie zielonymi górami. Ciekawy jest zwyczaj zostawiania przez pielgrzymów bukietów słoneczników i karteczek z prośbami i podziękowaniami owiniętymi dookoła świec. Jeżeli przypadkiem zapomniałeś z domu słonecznika, nie ma problemu, można go dostać od tłumnie kłębiących się sprzedawców po drodze.







Sanktuarium



I okolice

A później już było Santiago. Nawigacja po mieście bez problemu, trafiliśmy do naszego noclegu natychmiast i bez błądzenia - byliśmy w tym coraz lepsi. Krótki prysznic i na miasto, a miasto warte oglądania. Jest bardzo duże, drugie co do liczby mieszkańców na wyspie - prawie pół miliona. Otacza zatokę, ma całkiem spory port, ładne centrum na wzgórzach i satelitarne dzielnice mieszkalne. Jest też bardzo, bardzo zatłoczone, ulice są spowite kłębami spalin - aż ciężko się oddycha. Jeszcze napiszę o ekologii na Kubie, na razie roboczo przyjmiemy, że w temacie transportu to takowa nie istnieje. 99% samochodów, zwłaszcza ciężarówek w Europie nigdy by nie przeszło przeglądu, czasem nie widać ulicy w czarnej chmurze wydobywającej się z rur wydechowych. Centrum jest bardzo ładne, począwszy od monumentalnej katedry na głównym placu miasta, poprzez strome uliczki w stronę portu aż po dalej położoną, monumentalną i górującą nad wejściem do zatoki twierdzę Castillo de San Pedro de la Roca.



Santiago, wersja turystyczna
i mniej...













Do twierdzy trafiliśmy przed zachodem, akurat na ceremonię wystrzału armatniego. Częściowo żeńska i atrakcyjna ekipa ubrana w stare mundury ładowała to działo z pół godziny natomiast wystrzał był raczej mało efektowny, cichy, bezdymny huk i skromny plusk wody kilkaset metrów dalej. Jakby w takim tempie bronili wejścia do portu to wpłynęła by do niego zapewne cała armada ale jako przejaw tradycji sprawdza się nieźle.





Zamek Castillo de San Pedro de la Roca i zatoka







Ekipa od bombardowania

Ludzie w Santiago są bardzo mili, nawet taksówkarze, ten wiozący nas z zamku pojechał z powrotem inną trasą tylko po to, żeby pokazać nam widok na zatokę.



Widok na katedrę z dachu



Kubańczycy grajacy w szachy

Późnej były krewetki, dużo krewetek i beef on the roof - czyli kolacja na dachu Hotelu Casa Granda. Jedzenie niezłe, widok obłędny, polecam wszystkim. Na koniec wieczoru mieliśmy w planach tańce, w końcu Santiago słynie z muzyki, energetycznej, karaibskiej i bardzo dobrej. Ale po kolacji położyliśmy się, tylko na chwilę, taka krótka drzemka. I zmęczeni już mocno podróżą przespaliśmy równo 11 godzin...

cdn




by qbk | 2010-01-13 00:47:58 | skomentuj (9)
Beef on the roof
Kuba, dzień 10

Długo nie pisałem, chwilowy brak weny twórczej zapewne. Ale się poprawiam:)



Rybak, prowincja Oriente

Niestety musieliśmy opuścić Santiago bez tańca, Podróż wzywała. Wyruszyliśmy prawie na sam koniec wyspy, do Baracoa czyli pierwszej, historycznej stolicy Kuby.

Wyjechać z Santiago prosto nie jest, na skrzyżowaniu wyjazdówki z autostradą pogubiliśmy się zupełnie i przejechaliśmy je cztery razy. Znaczy we wszystkich możliwych kierunkach, lekko nie było ;) Za to dalej droga jest piękna, najpierw się jedzie wzdłuż wybrzeża morza Karaibskiego, przez odludną część kraju a później przez góry. Jest pusto, mało kto już się w tamte rejony zapuszcza, turystów w ogóle nie widać. Po drodze przejeżdża się niedaleko bazy amerykańskiej Guantanamo, nie dojechaliśmy do niej, przegapiliśmy skręt. Zresztą to zamknięta strefa i nie można wjechać do środka. Za to dookoła jest masę stref militarnych, posterunki wojska, zasieki wzdłuż lasu. Nigdy nie byłem bliżej USA, no może poza lotem nad Florydą ale wtedy było "w dół" ;)

Samo miasto Guantanamo jest podobno mało ciekawe, ominęliśmy bokiem, na uwagę zwraca tylko naprawdę świetnie oznaczona droga, jak na lokalne warunki ewenement.





Było ciepło, bardzo ciepło. Gorący wiatr znad morza, fale rozbijające się o brzeg...

A później góry, najdalej wysunięty na wschód łańcuch Kuby czyli Sierra del Purial. Nie są jakieś specjalnie imponujące, najwyższy szczyt ma 559 metrów, mój GPS pokazywał maksymalnie 420 ale droga przez nie jest niesamowicie urozmaicona a krajobrazy piękne. I puste. W kilku miejscach, na najładniejszych punktach widokowych czekają lokalni sprzedawcy bananów albo lokalnych specjałów i każdy pojawiający się samochód wzbudza gorączkowy ruch, a nóż się zatrzymają, może coś kupią? Okolica słynie z produkcji kawy i czekolady, oba specjały są ciężko na Kubie dostępne (z kawą lepiej) i obu warto spróbować.





A na koniec Baracoa, przyjechaliśmy pod wieczór, kolacja i na miasto. Opowiem więcej o nim w następnej notce, w każdym razie jest piękne i bardzo przyjazne, warto przejechać całą wyspę żeby tam trafić :)









Baracoa wieczorem

A skoro przy jedzeniu jesteśmy to chwilkę o kulinariach. To nieprawda, że na Kubie nie można dobrze zjeść. Można, nawet świetnie. Trzeba tylko mieć walutę ...

Przeciętny, biedny Kubańczyk ma niewesoło, podstawą diety jest ryż i ciemna fasola, w proporcjach i konsystencji różnej. Są zupy, potrawki... Z owocami też jest średnio, z powszechnie dostępnych i tanich są banany, inne tropikalne też są ale już kosztują zdecydowanie więcej. Nic dziwnego, Kuba importuje 70% żywności a pewnie z 50% pól uprawnych to produkcja trzciny cukrowej z której można wyprodukować tylko cukier i rum. Tak więc rum tani jest :) Z mięsa są głównie kurczaki, podawane różne, zazwyczaj w lokalnym odpowiedniku fastfoodów, można też w nich kupić kawałki pizzy (raczej niejadalnej). W Hawanie przysmakiem lunchowym są kupowane na ulicy bułki z mortadelą, da się na tym przeżyć choć w smaku nijakie. Pojęcia wędlin raczej nie ma, poza wspomnianą mortadelą i imitacją hiszpańskiej czerwonej kiełbasy (widzieliśmy raz). Z warzywami też jest krucho, biała kapusta, sałata, czasem ogórki i pomidory - to wszystko co można dostać a i z tym są kłopoty.

Mając pieniądze jest już dużo lepiej, są owoce, w zasadzie dowolne tropikalne, owoce morza - głównie krewetki i langusty - pyszne!, ryby a nawet mięso. To ostatnie jest drogie i nawet dla turysty ciężko dostępne, naprawdę rarytas.



Budka z pizzą, Baracoa

Pyszna jest zupa z kurczaka, śmiesznie robiona, w kolorze dyniowo-pomarańczowym, grillowane langusty i ryby.

Na koniec bardzo dziękuję wszystkim którzy zagłosowali na mój blog w konkursie na Blog Roku 2009 :)

cdn




by qbk | 2010-01-28 23:27:47 | skomentuj (11)
End of Cuba
Kuba, dzień 11

Dzisiaj będzie mało tekstu bo dzień był wyjątkowo pechowy. Było gorąco, bardzo gorąco. Brak termometru powodował, że nie mogę określić jak bardzo ale tak z 35 stopni Celsjusza i wilgotność z 90%.

Na szczęście nie jechaliśmy daleko, klimatyzacja też nie dawała rady. Pokręciliśmy się tylko dookoła, po mieście i okolicach.



Prawda, że fajny sposób na mycie samochodów?



Casa dla Kubańczyków, zawsze bardziej zaniedbane niż te dla turystów



Falochron







Życie ulicy



Sala telewizyjna na rynku miasta





Baracoa ze wzgórza

Na popołudnie w planach był Koniec Kuby czyli latarnia morska na wschodnim krańcu wyspy czyli przylądek Maisi. Latarnia wystąpiła w postaci znaczącego drugiego planu w filmie "Viva Cuba" - warto zobaczyć. Niestety turysta dotrzeć do niej nie może, kilkadziesiąt kilometrów przed przylądkiem na malowniczej górskiej drodze stoi szlaban i dwóch smętnych panów w zielonych mundurach. Strefa militarna, turystom wstęp wzbroniony. Ciekawe co tam poza latarnią jest ...







Piękna zieleń i drogi jak na Maderze, fotki z najdalszego miejsca na wyspie do którego moze dotrzeć turysta

A na koniec była droga w poszukiwaniu plaży, plaży docelowej nie znaleźliśmy, za to inną dziką i owszem. I okazało się przy okazji, że droga Baracoa - Moa, którą mieliśmy jechać następnego dnia jest dla naszego Peugota zupełnie nieprzejezdna, 8 km zajęło nam ok 45 min, koszmar. Drogi nawet nie ma na planie który dostaliśmy z samochodem ...



Dzika plaża przy drodze Baracoa-Moa

A czemu dzień był pechowy? Bo gorący, duszny i męczący. I samochód miał pecha, raz, odkręcił mi się przewód od akumulatora i to akurat przed szlabanem wojskowym (zieloni wykazali umiarkowane zainteresowanie), dwa łupnąłem czymś zawieszeniem - aż się bałem, że coś poszło. Na szczęście przetrwał, cudem ;)



by qbk | 2010-02-10 23:52:36 | skomentuj (5)
Casa de la Cultura
Kuba, dzień 12

Wracaliśmy już, niestety. Dalej się na Kubie nie dało pojechać. Mieliśmy wracać trasą opisaną w "Chan Chan" Buena Vista Social Club:

De Alto Cedro voy para Marcan
Llego a Cueto, voy para Mayar...





Droga z Baracoa

Ale jak pisałem droga Baracoa - Moa okazała się kompletnie nieprzejezdna dla naszego Peugota więc musieliśmy wrócić tą samą drogą którą przyjechaliśmy. Tzn Baracoa > Guantanamo > Santiago de Cuba > Bayamo > Holguin, w sumie ok 400km. Kawałek drogi ale znana i jak na warunki wyspiarskie całkiem dobra. Do Holguin dojechaliśmy całkiem wcześnie, chwilkę szukaliśmy naszej Casa i po jak zwykle pysznym obiedzie poszliśmy na miasto.

Holguin jest raczej mało porywające, nieco zapuszczone, może poza ścisłym centrum. Pijąc Mojito w barze przy samym rynku obserwowaliśmy, po raz pierwszy tak widoczne zjawisko prostutucji. Na kawałku skwerka kłębił się tłum prostututek płci obojga, w knajpie obok nas siedzieli tatusiowato wyglądający turyści z bardzo młodymi, kuso ubranymi dziewczynami. Obok stała policja obserwując okolicę beznamiętnym wzrokiem. Prostutucja jest zakazana na Kubie, karalna ale w praktyce władze przymykają na nią oko, jest pewnie sporym procentem w ogólnych przychodach kraju.

Wracając już na nocleg do Casa trafilismy na perełkę, próbę grupy tańczącej Salsę w Casa de la Cultura. Pokaz był niesamowity, tańce w parach, taniec grupowy. Salsa kubańska nieco różni się od tej znanej u nas, kroki podstawowe są inne. Obserwując dobrze tańczących Kubańczyków ma się wrażenie, że ten taniec to szkoła uczaca jak powykręcać partnerce ręce na wszystkie możliwe i niekoniecznie możliwe sposoby i to jeszcze tak aby była z tego zadowolona. To działa, robi wrażenie - polecam :)









Casa de la cultura, Holguin

Update od Karoliny bo nie każdy zagląda do komentarzy: "Salsa kubańska nazywa się casino, grupa w Casa de la Cultura tańczyła ruedę de casino. Rueda de casino to salsa kubańska tańczona w kole synchronicznie przez wiele par (min. 2). Więcej na stronie - http://www.wierzbinski.pl"

W ogóle Casa de la cultura, musica albo trova (dom kultury/muzyki/barda) są bardzo rozpowszechnione, w każdym mieście są jakieś. Finansowane przez Państwo, niektóre zamieniają się wieczorami w knajpy tętniące lokalną muzyką, niektóre tak jak ta w Holguin pełnią rolę promocji kultury.

Kilka słów chciałem napisać jeszcze o ekologii na wyspie. Wszystkie żarówki które widziałem były energooszczędne, choć z tych najtańszych dających bardzo zimne światło. Prąd jest drogi, w podobnej cenie co u nas więc uzasadnienie jest czysto ekonomiczne. No i tyle tej ekologii, spalinami, smogiem i ołowiem z rur wydechowych nikt się nie przejmuje, w niektórych miastach nie ma czym oddychać. Za to, poza może niektórymi zakamarkami Havany jest czysto.



Szpital im. Lenina :), Holguin

Jestem już prawie przy końcu relacji z Kuby, muszę się pospieszyć, w końcu wypadałoby zdążyć przed następną wyprawą. A to już za kilka dni ...

cdn




by qbk | 2010-03-08 21:29:59 | skomentuj (1)
Ser, z tych nielegalnych
Kuba, dzień 13

Wyplątawszy się rano z Holguin wracaliśmy dalej. 500 kolejnych kilometrów ale komfortowo, prawie połowa drogi autostradą. Ale zanim do niej dojechaliśmy udało nam się kupić nielegalny ser. Znaczy nielegalnie kupić legalnie produkowany ale nielegalnie sprzedawany ser :) Chodzi o to, że rolnicy ser jak najbardziej produkować mogą ale sprzedawać bez zarejestrowania i odprowadzania ogromnych podatków już nie. Więc sprzedają cichaczem, nielegalnie, głównie turystom bo tak bezpieczniej. Fajnie się negocjowało ten zakup, językiem migowym, nie było to proste bo my chcieliśmy tylko mały kawałek a sprzedający nie chciał zrozumieć, że nie potrzebujemy bloku wielkości średniego pustaka. Czy dwóch. Ser był pyszny, podobny w smaku do naszego oscypka.





Zakup nielegalnego sera i gospodarstwo rolnika

Takich absurdów już kilka opisałem, najbardziej rzucający się w oczy był brak długopisów na całej wyspie. Nikt nie wie czemu, nawet otwarcie rozmawiający z nami lokalni nie potrafili tego wyjaśnić. Oficjalnie "no problemo" a pisać czym nie ma. Nawet na poczcie. Kobiece środki higieniczne też można dostać tylko w Hawanie, w jednym miejscu, zresztą importowane z Polski. Mitem natomiast okazał się brak papieru toaletowego, papier jest, czasem wydawany na listki razem z mydłem przez przemiłą Panią w restauracji ale jest. W naszych Casa nie było z nim problemu.

Pokrzepieni nielegalnym serem, świeżo umytym samochodem (zatrzymawszy się na kawę podszedł Pan i cichutko w ciągu kilku minut umył potwornie zabrudzony samochód, nie wiem jak on to zrobił w takim czasie) pod wieczór dojechaliśmy do Santa Clara. Miejsce słynie z monumentu Che (Ernesto Che Guevara) ale tenże choć monstrualny objawi się dopiero w następnej notce. Po krótkim poszukiwaniu Casa (byliśmy już w tym perfekcyjnie skuteczni i mylące nazwy ulic czy powtórzona numeracja nie mogła nas zmylić) trafiliśmy. A miejsce jest niesamowite, opisane w Lonely Planet, pięknie urządzone, z niesamowitym zielonym ogrodem w patio i dwoma pokojami w stylu kolonialnym. Właściciel mówi płynnie po angielsku i francusku, naprawdę niesamowite miejsce. I jak się wieczorem okazało najlepsza, zdecydowanie najlepsza kuchnia na wyspie. Jedliśmy dwie specjalności: krewetki w sosie pomidorowym i smażoną rybę, oba dania były perfekcyjne. To była najlepiej przyrządzona ryba w moim życiu, tak. Warto tam pojechać chociażby dla samej kuchni, zresztą wielu turystów tak robi, hostel ma dwa pokoje a stołuje codziennie kilkadziesiąt osób :)

Podaję pełny adres bo obiecałem Angelowi reklamę:

HOSTAL FLORIDA CENTER Angel Rodriguez Martinez
Calle Maestra Nicolasa #56 (Candelaria)
e/Colón y Maceo
Santa Clara (042) 20 81 61


GPS: 22,4049N 79,9636W
(przy okazji mam współrzędne i adresy wszystkich Casa w których mieszkaliśmy i wielu ciekawych miejsc, jakby co służę informacjami)






Hostal Angela

Wieczorem obowiązkowo spacer po mieście, zakończony słuchaniem muzyki kubańskiej przed Casa de la Trova. Ech :)









Spacer po Santa Clara





Punkty rzemieślnicze i biura





Casa de la Trova

cdn




by qbk | 2010-03-09 14:07:31 | skomentuj (1)
Powrót do Hawany
Kuba, dzień 14



Port, Hawana

Rano opuściliśmy niesamowity hostal Angela i wyjechalismy z Santa Clara próbujac znaleźć słynny monument Che. Monument jak to monument, wręcz monumentalny ale znaleźć go wcale łatwo nie było. Zadziwiająco skutecznie się schował, oczywiście jak na coś wielkości 5 piętrowego budynku :)



Monument Che w Santa Clara

Reszta drogi do Hawany była bardzo przyjemna, autostrada porządna, upał, słońce. W którymś momencie minął nas jedyny porządny motocykl jaki widzieliśmy na wyspie. Duże, solidne BMW, silnik tak na oko litrowy. Długo go nie widziałem bo śmignął jak na porządny ścigacz przystało.



Autostrada

Wjazd do Hawany od wschodu jest ciekawy, najpierw znika jeden pas, później drugi a za chwilę autostrada zmienia się w uliczkę wyglądającą na osiedlową, z progami zwalniającymi zresztą.

Całą resztę dnia spędziliśmy spacerując po Hawanie i odkrywając jej drugie, ładniejsze oblicze. Pisałem na początku relacji jak bardzo zaniedbanie miasta nas zaszokowało, tego dnia kręcąc się po odnowionej części turystycznej okazało się jak pięknie tam może być. Kuba to zdecydowanie nie tylko Hawana ale jak widać warto do niej wracać :)

































Spacerem po Hawanie

cdn




by qbk | 2010-03-10 13:43:40 | skomentuj (1)
Pożegnanie z Hawaną
Kuba, dzień 15

Nadszedł koniec mojej relacji z Kuby, to już ostatnia notka. Ten sposób blogowania był dla mnie swojego rodzaju eksperymentem, nigdy nie pisałem na blogu, zawsze to były same zdjęcia, co najwyżej z krótkim komentarzem czy pasującym tytułem. Sporo się nauczyłem, pisanie jest bardzo inspirujące, zajmuje też cholernie dużo czasu. Ale warto było, Kuba była warta opisania.



O co chodzi ze starymi butami na latarniach nie mam pojęcia ale gdzieś już coś takiego widziałem



Kubańczycy dbają o swoje samochody



Biała elegancja



Słynna apteka w Hawanie, szkielet ponoć oryginalny

Ostatniego dnia już dużo nie robiliśmy, jakieś krótkie włóczenie się po mieście, zakupy, prezenty dla znajomych. Szukającym takich atrakcji polecam żółty supermarket z boxami w okolicy portu. Jest tam chyba wszystko co widziałem po drodze, zawsze można się też targować (choć pytanie czy warto). Chwilę nam zajęło znalezienie kawy, pokochałem kubańską i chciałem przywieźć jak najwięcej do domu. Szukając ją trafiliśmy w końcu do tego samego sklepu w którym pierwszego dnia oszukał nas "Pampers Boy", na miejscu okazało się, że takich kombinatorów kręci się w okolicy całe zatrzęsienie. Nawet wdałem się z jednym w całkiem interesującą dyskusję, coś w stylu: "No way dude, I'll tell you a story from my first day in Havana ..." ;) A kawę można kupić na lotnisku płacąc kartą, zresztą jest taniej niż w sklepach w centrum.

Lunch w kompletnie turystycznej knajpie "Cafe Europa" w której przygrywał zespół grający na flecie, clave (takich małych kijkach) i marakasie (grzechotki), dobra kawa i bylismy gotowi do drogi do domu. Żal było wyjeżdżać...



"Cafe Europa" Band



Plac San Francisco



Prawie wszystkie drogi prowadzą na Kubę :)

Bardzo dziękuję wszystkim wytrwałym czytelniczkom i czytelnikom.
Następna większa relacja już od kwietnia, tym razem z dalekiego Wschodu




by qbk | 2010-03-11 14:27:38 | skomentuj (7)

Disclaimer:
Wszystkie zdjęcia na tej stronie są moją prawną własnością i nie moga być publikowane w celach komercyjnych bez mojej zgody.

Licencja Creative Commons: Uznanie autorstwa-Użycie niekomercyjne-Bez utworów zależnych
design by qbk

2004: VIII IX X XI XII
2005: I II III IV V VI VII
         VIII IX X XI XII
2006: I II III IV V VI VII
         VIII IX X XI XII
2007: I II III IV V VI VII
         VIII IX X XI XII
2008: I II III IV V VI VII
         VIII IX X XI XII
2009: I II III IV V VI VII
         VIII IX X XI XII
2010: I II III IV V VI VII
         VIII IX X XI XII
2011: I II III IV V VI VII
         VIII IX X XI XII
2012: I

Tagi: Kuba Tajlandia
Karaiby Madera Izrael
Grecja Ghana